Poranek nad Tanganiką

Tomasz Kwiecień, 29 stycznia 2000 (grupa dyskusyjna pl.rec.akwarium)


Pierwsze promienie słońca rozświetlają coraz jaśniej afrykańską równinę. W konarach drzew tysiącem głosów zaczyna rozbrzmiewać śpiew ptaków, w nadbrzeżnych zaroślach buszują małpy, a na płyciznie ziewnął ogromny krokodyl, puszczając oko do antylop, które przyszły do wodopoju... I tylko jedna rzecz burzy tę sielankę. Pod powierzchnią wody budzą się trofcie...

Ten obrazek, gdy w akwarium włącza się światło mógłbym oglądać po tysiąckroć. Staram się wtedy nie ruszać, bo jak mnie spostrzegą, natychmiast domagają się koryta. Jeżeli zaś jest spokój, zaczynają powoli wychodzić z łóżek...

"Zaraz po włączeniu światła akwarium sprawia wrażenie wymarlego..."

Pierwsze wstają te najmniejsze. Zaraz po włączeniu światła akwarium sprawia wrażenie wymarłego, bo wszystkie ryby schowały się wśród kamieni. Maluchy wyłażą nieco zdezorientowane co do miejsca, w zasadzie sprawiają wrażenie, że kompletnie nie wiedzą, gdzie są, ale na wszelki wypadek stroszą wszystkie pletwy na "drut kolczasty". Są blade, poruszają się niepewnie małymi skokami. Po chwili już wiedzą gdzie są, przecierają zaropiałe oczy, i nagle wszystkim przychodzi do głowy ta sama myśl: "może ten wielki tyran, co tu wczoraj się szarogęsił, odwalił kitę?".

" Są blade, poruszają się niepewnie małymi skokami...". Po lewej widoczny młody trofcio zaraz po przebudzeniu - jeszcze nie nabral kolorów, nie bardzo wie, gdzie się znajduje, ale stroszy wszystkie płetwy. Po prawej młody Tropheus w towarzystwie władcy; za parę minut już taka poufałość nie będzie możliwa...

Myśl ta jest tak podniecająca, że stroszą się jeszcze bardziej i rzucają złe spojrzenia na inne trofcie. Po chwili zaczynają się przepychanki, a nuż uda się wykorzystać okazję i zostać tym największym, najważniejszym, najbardziej kolczastym...

"... a nuż uda się wykorzystać okazję i zostać tym największym, najważniejszym, najbardziej kolczastym... "

Niestety dwie duże samice dość szybko burzą ten podniosły nastrój. Każda wyłazi leniwie ze swojej sterty kamieni, robią porządek w swoich rewirach, tzn. stroszą się na drut kolczasty i przeganiają małe. Po chwili dostrzegają się. Zatrzymują się na granicy swoich terytoriów i przez chwilę gapią na siebie wielkimi oczami. Potem zataczają kółka, czasami jedna drugą nieco pogoni. Dystans coraz bardziej maleje, w końcu zaczynają się dziobać po bokach, bywa też, że chwycą się pyskami i wówczas szarpią z całych sił.

"...Dystans coraz bardziej maleje, w końcu zaczynają się dziobać po bokach...."
Zdjęcia wyszły poruszone, bo obydwie dziewczyny toczą tę swoją walkę z ogromnym impetem, szybko zataczając wokół siebie ciasne kręgi.

W końcu zaniepokojony tym rejwachem wyłazi Pan i Władca. Wystarczy jego krótka interwencja, samice się rozdzielają, uciekają do swoich skałek, kilka krótkich pościgow za kurduplami, i już wiadomo, kto tu rządzi. Cała ta scenka trwa nie dłuzej, niż 15-20 minut, ale jest na co popatrzeć. Tylko tak się zastanawiam, czy nie mogą tej hierarchii raz na zawsze ustalić, tylko codziennie rano szukają guza?

Prędzej, czy później niestety mnie dostrzegają, i już zgodnie warują przy przedniej szybie. Koniec obserwacji. Teraz już pozostaje tylko koc i lornetka...

:)


(c) Tomasz Kwiecień, 2000